Jestem siłaczem
Moment, kiedy przestałam udawać przed samą sobą, że jestem i muszę być najsilniejsza na świecie był jednym z najwspanialszych w moim życiu. To wtedy właśnie zdobyłam się też na odwagę, żeby przyznać się przed samą sobą do różnych rzeczy, które wcześniej usiłowałam przed sobą ukryć.
Myślę, że to jest jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy w naszej kulturze i w części świata.
Uczy się nas udawania, manipulowania, fałszowania uczuć, myśli i zdarzeń. Wszyscy to robią. I wydaje się, że nikt nie zdaje sobie sprawy z tego do czego to ostatecznie prowadzi.
Ale powiem tak: wyobraź sobie samochód.
Załóżmy, że chciałbyś mieć życiowe wyścigowe Ferrari z silnikiem V12 o mocy siedmiuset koni. Najszybsze, najsilniejsze – po to, żeby przemieszczać się po swoim życiu z wielką mocą i klasą.
Masz do wyboru dwie możliwości:
Możesz próbować osiągnąć taki sportowy wynik. Będziesz ciężko pracował, cyzelował swoje życiowe auto, stopniowo zwiększał jego moc.
Albo możesz zdobyć gdzieś plastikową narzutkę ze zdjęciem Ferrari, która wygląda do złudzenia jak prawdziwa, nałożyć ją na swoje auto i udawać, że jedziesz przez życie czymś innym niż w rzeczywistości.
Prawie wszyscy tak robią.
Prawie wszyscy udają nie tylko przed innymi ludźmi, ale także przed sobą. A najbardziej dziwne w tym wszystkim jest to, że właściwie trudno jest nie udawać w takim systemie, w jakim się wychowujemy.
Nie wolno rzucić szkoły – nawet jeżeli uczy cię zbędnych rzeczy i wychowuje cię na kłamcę. Oczywiście nikt głośno tego nie powie. Teoretycznie szkoła ma ci dać podstawowy zakres wiedzy i przygotować cię do życia „w społeczeństwie”. Ale w rzeczywistości jest zorganizowana w sztywny system ocen i rozliczeń, którym podlegają nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele.
Uczeń, który myśli inaczej, używa wyobraźni, nie chce klepać mechanicznych formułek, ale woli rozwijać swoje możliwości intelektualne, jest niemile widziany. On zakłóca system. Nie pozwala wypełniać zobowiązań i raportów w Excelu.
Szkoła sprzyja takim, którym nie zależy. Wyrecytują wiersz z pamięci, nauczą się wzoru do rozwiązywania zadań z matematyki, a do pozostałych przedmiotów przygotują takie ściągi, że nikt się nie zorientuje. Prześlizgną się przez szkołę, nie zdobywając w niej prawie żadnych realnie pożytecznych umiejętności.
Na pewno jednak nauczą się sprawnie kłamać, żeby wymigać się od kartkówki, oszukiwać dla zdobycia lepszej oceny, zapamiętają też, że najważniejsze jest to, żeby się dobrze sprzedać. Nieważne co jest w środku. Ważne jest to, jakie wrażenie robi się na ludziach.
Wiesz dlaczego o tym piszę?
Bo właśnie stąd biorą się potem dorośli ludzie, którzy nie mają pojęcia co się w nich naprawdę dzieje. Bo przez całe życie ciągle coś udawali. Kiedy wypadało powiedzieć „Kocham cię”, to mówili. Mają wykute na blachę, że kiedy pracodawca zapyta o twoje predyspozycje, z zamkniętymi oczami i w środku nocy wyrecytujesz:
– Pozytywne nastawienie, dobra organizacja pracy, szybkość nawiązywania kontaktów, samodzielność, umiejętność współpracy w grupie!
Nauczono cię, że to są pożądane cechy. Kiedy więc idziesz na rozmowę w sprawie pracy, nie zastanawiasz się czy rzeczywiście taki jesteś. To jest w ogóle nieważne z twojego punktu widzenia. Ważne jest to, że pracodawca kogoś takiego potrzebuje, w takim razie ty oświadczasz, że taki właśnie jesteś.
To jest kłamstwo i manipulacja. Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt się tym nie przejmuje.
Wszyscy to robią.
A potem przychodzi taki moment, kiedy masz wrażenie, że cały świat wiruje dookoła ciebie w jakiejś szalonej karuzeli, której ty nie rozumiesz i nie znasz.
No tak. Rzeczywiście. Bo wszystkie kłamstwa i iluzje, jakie stworzyłeś na potrzeby innych ludzi oraz wszystkie kłamstwa i iluzje jakie stworzyłeś dla samego siebie wymieszały się i krążą dookoła jak gigantyczna otchłań niezmierzonego chaosu.
Wiem, bo kiedyś też tak żyłam.
Wygodnie było mi myśleć, że jestem najsilniejsza ze wszystkich. Zawsze dam radę. Zawsze coś zorganizuję. Zawsze będę wiedziała lepiej.
Powiesz, że w sumie to nic złego. Że przecież dobrze jest być zaradnym, samodzielnym i opiekować się słabszymi.
Racja. Jest tylko jeden, ale za to bardzo znaczący drobiazg.
A mianowicie to, jakie jest prawdziwe źródło takiego zachowania.
Ten, kto jest rzeczywiście silny, samodzielny i zaradny będzie starał się pomagać innym w miarę swoich możliwości.
Ten, kto tylko udaje silnego, będzie się napinał ze wszystkich sił, żeby wszystkim udowodnić, że jest silny i zawsze daje sobie radę, a jednocześnie będzie żył w paraliżującym stresie, że kiedyś się potknie, popełni błąd i dozna kompromitującej porażki.
Zobacz.
Ten, kto jest naprawdę silny, nie ma przymusu pomagania. Po prostu robi to w naturalny sposób, bez rozgłaszania, niewiele nawet o tym myśląc i nie przykładając do tego większej uwagi. Ma wewnętrzną równowagę i realizuje różne sprawy.
Ten, komu się tylko wydaje, że jest silny, stara się to wszystkim udowodnić, pokazać, żeby zebrać dowody uznania. Jednocześnie nie daje sobie prawa do błędu, pomyłki, słabości. Musi być idealny. Dlatego żyje w wiecznym stresie i podświadomym strachu.
Teraz widzisz na czym polega różnica?
A wiesz dlaczego to jest ważne?
Ten, kto udaje, kręci się w kółko, ma wrażenie, że nad niczym nie panuje, jest ciągle wewnętrznie spięty, nie umie się rozluźnić i zwyczajnie cieszyć tym, co ma. Dodatkowo ten ciągły stres i poczucie przymusu obciążają umysł i ciało, więc cały system zwalnia. Gorzej trawi, gorzej przyswaja wiedzę, trudniej się uczy, tyle, zapada na różne dolegliwości.
Fragment książki „Narkotyki, anoreksja i inne sekrety”, przedpremierowo zobacz tutaj





